Edytorstwo
Jak najmniej przeszkadzać
Bokiewicz & Freudenreich, Freudenreich & Bokiewicz. W trafnym skrócie: 1&1. Studio tak nazwane, które prowadzili od połowy lat 90., było naturalną kulminacją trwającej od dziesięcioleci współpracy. Tak ścisłej, że przestano rozróżniać ich projekty.
Wojciech Freudenreich, krępy „biały blondyn”, rocznik 1939, poznaniak. Jan Bokiewicz, brunet niskiego wzrostu, rocznik 1941, warszawiak. Pierwszy czupurny, o poglądach często radykalnych, głośno ich broniący. Drugi ścichapęk, nie rwący się do głosu, ale twardo obstający przy swych wyborach. Pozornie różni, w działaniach bardzo sobie bliscy.
Z Janiem znamy się od przedszkola – żartuje Wojtek Freudenreich. Micia (zdrobnienie od Emilii), jego żona, poprawia: Od Akademii, studiowaliście przecież razem. Teraz koryguje Wojtek: Niezupełnie, Janio jest młodszy. Spotykaliśmy się, jakieś robótki robiliśmy, wódeczkę się piło. A poza tym on był na grafice, gdy ja chodziłem na malarstwo. Freudenreich chciał być malarzem. Miałem to w genach – mówi – dziadek projektował fajanse dla własnej fabryki, babcia malowała. Zanim trafił do liceum plastycznego, chodził do ogólniaka TPD. Straszna indoktrynacja, pewnie dlatego, że uczyła się tam córka Różańskiego, szefa UB. Uciekłem stamtąd po paru miesiącach, po prostu nie dało się wytrzymać – wspomina. Micia, którą poznał na studiach, także malowała, robiła ilustracje książkowe; zajmuje się tym do dziś. Praktyczny poznaniak uznał więc, że para malarzy umarłaby z głodu. Przerzucił się na projektowanie – już w 1958 zdobył wyróżnienie w ogólnopolskim konkursie na plakat reklamujący Międzynarodowe Targi Poznańskie.

Jan Bokiewicz i Wojciech Freudenreich, katalog 16. Międzynarodowego Biennale Plakatu w Warszawie, Muzeum Plakatu w Wilanowie, 1998

Jan Bokiewicz przeciwnie, związał się z kobietą niemającą nic wspólnego z plastyką – Danka pracuje w jednym z wydawnictw. Natomiast syn Kuba wybrał zupełnie inną drogę i studiuje anglistykę. Bokiewicz uśmiecha się, słysząc o „genetycznym obciążeniu” przyjaciela: Przesadza, przecież każdy mógłby się doszukać jakiejś ciotki kolorującej bukieciki w sztambuchu. Sam chciał być… marynarzem. Ale wszyscy w rodzinie twierdzili, że „Janek ładnie rysuje”, więc siłą rzeczy musiał pójść do stołecznego liceum plastycznego przy Myśliwieckiej (jego budynek zajmują dziś wydziały wzornictwa i architektury wnętrz warszawskiej ASP). Studia artystyczne były naturalną konsekwencją – mówi. Tyle że nie chciałem iść na malarstwo, nie lubiłem zapachu farb, całego tego brudu, jakichś gruntowanych płócien, farby zasychającej na paletach – krzywi się. Studia rozpoczął w 1961. Wybrał grafikę warsztatową, specjalizował się w drzeworycie (dyplom w 1967 u prof. Wacława Waśkowskiego). Ciągnęło go do drukarstwa. Ta farba pachniała i nie brudziła tak bardzo – żartuje. Zawsze mnie interesował druk, lubiłem słowo pisane, byłem gazeciarzem, wielkim amatorem prasy. Kupowałem wiele pism, przyglądałem się, jak są robione. „Dookoła świata”, pierwszy polski magazyn z kolorowymi zdjęciami z Zachodu – no, wtedy bardzo mi się podobał. Zadebiutował we „Współczesności” w 1960; jego okolicznościowe rysunki i ilustracje często zamieszczały m.in. „Kurier Polski”, „Życie Warszawy”, „Tygodnik Kulturalny” i „Kierunki”. Bywały tygodnie, kiedy w gazetach można było znaleźć pięć–sześć prac Bokiewicza, szkicowanych charakterystyczną kreską, oszczędnych. Widać w nich było pewien wpływ Henryka Tomaszewskiego. Był dla mnie wzorem, bez wątpienia – potwierdza Bokiewicz i dodaje: Ale typografią tradycyjnie pojmowaną się nie zajmował, dla niego ważny był rysunek, przekaz w nim zawarty, skrót myślowy. Stosował własny, niepowtarzalny „charakter” pisma. I te litery stanowiły integralną część dzieła.
Wojtek Freudenreich też nie wypiera się pokrewieństwa ze szkołą myślenia Tomaszewskiego i podobnie jak Bokiewicz uważa go za swojego mistrza. Doprowadził plakat do minimum, wprowadził w nim abstrakcję – wylicza. W pewnym sensie on pierwszy uświadomił mi, że praca projektanta graficznego polega na odejmowaniu, redukowaniu elementów przekazu. Mamy informować, jak najmniej przeszkadzając. Nasza wypowiedź ma być czytelna i zrozumiała, ale z pewnością nie łopatologiczna. Humor, zaskoczenie to potrzebne elementy, podobnie jak pewna dwuznaczność. W tym Henio był wielki. Potrafił kpić tak, że nikt nie mógł się przyczepić, a wszyscy, również obcokrajowcy, wiedzieli w czym rzecz. Posiadł uniwersalny język. Freudenreich ma jeszcze jednego idola, którego chętnie przypomina: to Jan Cybis. W jego pracowni zdobył w 1965 dyplom z malarstwa. Cybis, człowiek ogromnej kultury i wiedzy (bez słownika przełożył trudne eseje Eugene’a Fromentina Mistrzowie dawni, poświęcone flamandzkim i holenderskim malarzom), był łącznikiem ze światem, który Freudenreichowi, jak sam uważa, zabrano. „Zostałem wypędzony do GG”, pisze w krótkim nieformalnym życiorysie. Generalna Gubernia, zawsze oznaczała dla niego głęboką prowincję, za okupacji zdominowaną przez hitlerowców, a później przez dziesięciolecia „Gubernię Gomułkowską”. Pracownia Cybisa była ostoją normalności, oazą wytchnienia w ówczesnej Polsce.
Wojtek nie odrzuca jednak twórczości Rosjan (Rosjan, nie Sowietów – to ważne rozróżnienie); przyznaje, że konstruktywistyczne rozwiązania z przełomu lat 20. i 30. są mu bliskie. Od nich tylko krok do Holendrów. Podoba mu się klarowność i konsekwencja niderlandzkiego dizajnu, przede wszystkim zaś to, że mniej lub bardziej widoczny jest wszędzie: na ulicach, w mediach, w codziennym życiu. Jako przykład podaje znaczki pocztowe Wima Crouwela: na kolorowym tle tylko nominał i nazwa państwa. U nas by to nie przeszło – mówi. Ma rację, jego seria z poszczególnym literami alfabetu została odrzucona jako niezrozumiała. Nie ma zbytniego szczęścia do Poczty Polskiej, choć jest autorem kilku wyróżniających się graficznie serii. W latach 90. do najlepszych projektantów znaczków pocztowych należeli Andrzej Heidrich, Jerzy Desselberger i Wojciech Freudenreich. Ktoś usłużny zwrócił uwagę ówczesnemu AWS-owskiemu zarządowi poczty na tę „anomalię” i z polskich znaczków zniknęły niepolskie nazwiska artystów. Freudenreich kręci głową, gdy pytam go, czy dziś współpracuje jeszcze z PP Poczta Polska. Zaproponowałem im serię z kapliczkami, tak się spodobała, że postanowili ją powiększyć z czterech do sześciu znaczków. Ale nazwiska też miało nie być, jak za komuny. Na wszelki wypadek, bo nie wiadomo, co to za familia… I seria nie wyszła. Kapliczki to projekt fotograficzny, wynikły tak z zamiłowania do podróży, jak z szacunku dla przemijającego świata. Przy mazowieckich drogach stoi tyle niezwykłych obiektów kultu, konstrukcji często prostych i naiwnych – zachwyca się Wojtek. Stawiano je z wdzięczności, dla upamiętnienia jakiegoś wydarzenia, czasem ku przestrodze. Niszczeją jak wszystkie podobne obiekty, dlatego chciałem je zarejestrować. Powstała niezwykła mapa regionu, i druga, podobna, obejmująca wyłącznie Warszawę. Ciekawostki wyłapane obiektywem Freudenreicha miał komentować Marek Nowakowski, miłośnik stolicy i piewca jej zakamarków; podpisanie umowy z wydawcą przeciąga się, jako że Wojtek zasadnie nie wyraża zgody, by albumy miał projektować ktoś inny.
Bokiewicz również nie stroni od fotografii: ulubiona Jastarnia, Kuźnica na Helu, Suwalszczyzna. Ale także Warszawa, zwłaszcza w stanie wojennym. Zdjęcia te posłużyły mu do licznych prac wykonywanych dla wydawców drugiego obiegu.
Fotografie obrabia komputerowo. Nowe techniki nie sprawiają mi kłopotu – mówi. Wojtek kiedyś zarzekał się, że będzie tylko rysować, a przełożeniem jego projektów na bity i piksele może się zajmować ktoś inny, ale to też się zmieniło. Ma dobrą cyfrówkę, odpowiednie programy, kolorową drukarkę. Nikt lepiej od niego nie skontroluje kadru czy koloru, to samo zresztą z projektami okładek, nawet jeśli fotografia jest czarno-biała. Obaj korzystają z niej chętnie, ale zawsze oryginalne zdjęcie jest tylko podkładem, można wręcz powiedzieć – motywem, który ulega daleko idącej przeróbce. Bokiewicz stosuje solaryzację, powiększone kadry, barwne wyciągi. Freudenreich bywa bardziej dosłowny, szparuje potrzebne mu elementy, inne stawia na głowie, wydobywa w nieoczekiwany sposób z kontekstu – odwrócone o 180° zdjęcie Lenina z hasłem „No comments” rzeczywiście nie wymaga dodatkowych komentarzy, mówi wszystko o rewolucji i jej wodzu.
Są autorami setek okładek do książek i katalogów, opracowań typograficznych, plakatów, broszur, znaków firmowych, reklam i druków ulotnych. Bokiewicz najbardziej lubi małą formę. Plakat mniej mnie pociąga, może dlatego, że kiedyś te wielkie formaty trzeba było robić na kolanach, rozkładając je na podłodze – tłumaczy. Dziś mogę projektować na ekranie, widzę proporcje, ale wolę książkę lub znak firmowy. Powstałe mimo tych oporów plakaty wyróżniają się, przypominają o najlepszych latach „polskiej szkoły plakatu”. Solidarność TAK z listopada 1981 był kwintesencją lapidarności, zderzenie czerwonej „solidarycy” w godle związku z czarną, stanowczą Helveticą trzech liter hasła przekonywało, nie pozostawiało wręcz wyboru – nic dziwnego, że w grudniu 1981 skonfiskowano cały nakład. W reakcji na przemówienie gen. Jaruzelskiego powstała pocztówka (później funkcjonująca jako plakat) najbardziej może poruszająca, antycypująca nadchodzące wydarzenia, czyli Światło w tunelu: z czarnego tła wyłania się krata więziennego okna, ledwie owo światło dopuszczająca. Skrótem godnym mistrza Tomaszewskiego był plakat Henryk 1, przygotowany w 1994 na wystawę „Henrykowi Tomaszewskiemu w hołdzie”: rysowana grubą zamaszystą kreską korona została zeskanowana i mocno powiększona, dzięki czemu nieoczekiwanie przywodzi na myśl błazeńską czapkę – pamiętajmy, mówi artysta, że król Henryk był wielkim prześmiewcą.

Jan Bokiewicz, okładka książki Ósmy dzień tygodnia, Cmentarze, Następny do raju Marka Hłaski, Czytelnik, 1985

Pierwszą okładkę Bokiewicz zrobił w 1961 dla „Czytelnika”. – To był Naoczny świadek Ludwiki Woźnickiej – wspomina. Dobrze pamiętam, bo musiałem przerysowywać projekt chyba dwadzieścia razy. Pozostał „Czytelnikowi” wierny, przez trzynaście lat (1981–1994) prowadził pracownię graficzną oficyny. Jerzy Kosiński w odręcznej dedykacji dziękował mu, że „potrafił przekazać w okładce tej książki [Malowany ptak] w języku zwanym grafiką, o co chodziło w przekazie w języku zwanym prozą”. Pamiętne okładki stworzył dla PIW-u: Proces Franza Kafki z charakterystycznymi złowieszczymi cudzysłowami (1971), drugie wydanie Pamiętnika z powstania warszawskiego Mirona Białoszewskiego (1976), gdzie krzyże symbolizowały mogiły i dni walki, odliczane niczym kalendarz więźnia: skreślane po siedem, na końcu dwa… Razem z Freudenreichem zrobili wiele katalogów Międzynarodowego Biennale Plakatu w Warszawie oraz katalogów wystawowych i druków towarzyszących dla Zachęty, m.in. do pokazów „4 × Paryż”, „Kolekcja sztuki XX wieku”, „Gdzie jest brat twój, Abel?”. Dobra, ciekawa współpraca – mówi Bokiewicz. Freudenreich przyznaje, że dzięki zamówieniom Zachęty udało im się przeżyć trudne czasy: Inne wydawnictwa przestały u nas składać zamówienia. Zmieniły się kryteria, nie liczyła się jakość, najważniejsza była cena i szybkość. A te zapewniali młodzi ludzie, studenci, którzy poza tym nie potrafili wiele.
Freudenreich zaczął robić okładki w połowie lat 60. Najpierw dla Ludowej Spółdzielni Wydawniczej, niebawem sięgnęły po niego inne wydawnictwa: PWRiL, WAG, oczywiście „Czytelnik” i PIW. Dyrektorem artystycznym instytutu była Jolanta Barącz – wspomina. – Wspaniały fachowiec, świetnie się na wszystkim znała. Dobrze mi się z nią pracowało, bo była precyzyjna i dokładna. W 1971 zaprojektował dla PIW-u, wespół z Bokiewiczem, serię „Biblioteka Klasyki Polskiej i Obcej”. Dwa lata później, już sam, zaprojektował kolejną serię, „Bibliotekę Jednorożca”, za którą wyróżniło go Polskie Towarzystwo Wydawców Książek. Za przygotowany wspólnie jeden z niewielu utworów poświęconych czcionce, Odę do typografii Pabla Nerudy (Iskry 1982), otrzymali w 1984 „Nagrodę główną równorzędną” (a w 1989 brązowy medal na wystawie w Lipsku).

Jan Bokiewicz i Wojciech Freudenreich, strony poematu Oda do typografii (Oda a la tipografia) Pablo Nerudy, Iskry, 1982

Podobnie jak Bokiewicz, Freudenreich stał się „regularnym” zdobywcą wyróżnień i nagród PTWK, niemal co roku odbierając dyplom. Musiał go trafiać szlag, gdy specjalnie zaprojektowane i wydrukowane arkusze „zdobiono” wystukanym na maszynie nazwiskiem laureata… W 1987 zacząłem zajmować się „Res Publicą”, szybko wciągnąłem w to Jania. Straszna praca – macha ręką. Miesięcznik, wszystkiego musieliśmy pilnować, jeszcze książki zaczęli wydawać, a warunki techniczne były bardzo kiepskie. Niby skład komputerowy, ale ani dobrego papieru, ani kleju, reprodukcje pożal się Boże, koszmar. Janek dodaje: Gdy w dodatku przestali nam płacić, zdecydowaliśmy się odejść. Freudenreich zdradza, że niedawno zadzwonił do niego przedstawiciel nowego wydawcy „Res Publiki” (dotychczasowy, czyli Spółdzielnia Pracy „Polityka”, postanowił zamknąć pismo). Opowiadał o powrocie do korzeni, takie tam dyrdymały. Ale ucieszyłem się, bo to w końcu kawałek mojej historii. A kilka dni później nowy telefon: „Nie, panu dziękujemy, mamy młodszych”. Nie ukrywa, że nie podoba mu się takie podejście. Nie chodzi o mnie – zapewnia. To prawidłowość, którą od dawna obserwuję na naszym rynku: po co brać fachowca, skoro zrobi to kolega pani Ziuty z księgowości. Jasne, że potrafi, przecież ma komputer. Swoją wypowiedź okrasza niecenzuralnymi słowami. Ci, co go znają, uważają, że Wojtek nie przeklina. Jego charakterystyczne rolowane „r” pojawia się często w dosadnych polskich wyrażeniach, którymi komentuje głupotę, bylejakość, nieuczciwość, nielojalność (najczęściej utożsamiane z polityką), nikt się jednak nimi nie gorszy, tym bardziej gdy rzuca komplement: „Fajny jesteś, kurhwa”.

Jan Bokiewicz, okładka katalogu wystawy oraz logo (z roku 2003) konkursu „Spojrzenia”, Zachęta, 2007

Na czas współpracy z Zachętą przypada powstanie studia 1&1 (1994–1998). – Dużo robiliśmy razem, rozumieliśmy się dobrze, operowaliśmy podobnym skrótem, ceniliśmy typografię – mówi Freudenreich. – A dzięki firmie płaciliśmy niższe podatki. Wspólnie opracowali wiele monograficznych albumów wydanych przez Zachętę, a dotowanych przez Ministerstwo Kultury: tomy poświęcone Cybisowi, Szapocznikow, Jaremie, Potworowskiemu, Edwardowi Krasińskiemu, Louise Bourgeois, rocznicowy tom 1860 Zachęta 2000. Ten ostatni stał się „książką niezgody” – poszło o nieuzgodnione zmiany żywej paginy. Spółka przestała istnieć. Myślę, że prędzej czy później i tak doszłoby do tego, zaczęliśmy wpadać w rutynę – mówi Bokiewicz. Freudenreich potwierdza: Nie bardzo było wiadomo, kto co zrobił, zacierały się granice. Zresztą w pewnym momencie warunki prowadzenia firmy zmieniły się na niekorzyść i zaczęliśmy dopłacać do interesu. Przyjaźń i współpraca pozostały. Są wyjątkowo zgodni, wymieniając wzorce: Holandia, Niemcy, Szwajcaria. Bokiewicz dorzuca Francję: Cenię ich gazety, pamiętam, że fotografowałem tytuły z „Paris Match”, by mieć oryginalne kroje – i narzędzia (proste, wyraźne kroje pism, najlepsza Futura albo uniwersalna Helvetica, czasem egipcjanki). Obaj chętnie rysują litery, obydwaj lubią skład ascetyczny, pozbawiony ozdobników, zwarty. Małe marginesy, rozbudowana żywa pagina – podsuwa Bokiewicz. Układ osiowy lub do lewego marginesu, żadnych spacji w tytułach, można je dowolnie przenosić – dodaje Freudenreich.

Jan Bokiewicz i Wojciech Freudenreich, okładka katalogu wystawy „Devetsil”, Muzeum Sztuki w Łodzi, 1989

O współczesnej typografii mówią zgodnie, że forma przeważa w niej nad treścią. Manieryczna, niepotrzebne wzorki, ozdóbki, aple (nawet w 2+3D – zauważa Bokiewicz), staje się grafiką, wręcz ornamentem, nie nadaje się do czytania. Tradycyjna typografia wydaje się dziś za grzeczna, komputer pozwala na indywidualne, nieprzemyślane zmiany kroju, światła, duktu, układu. Operatorzy sprzętu nie mają wiedzy plastycznej, brakuje jej również dyrektorom artystycznym w mediach. Nie widzę dziś żadnego poważnego polskiego dziennika, który wyróżniałby się rozwiązaniem choćby pierwszej strony – mówi Bokiewicz. – Często wystarczy jedno czarno-białe zdjęcie, by skupić uwagę. A u nas kolor, litery o różnych krojach i wielkościach, ogłoszenia, wykresy, istna kakofonia. Ale czemu się dziwić – dodaje – skoro 80 procent społeczeństwa nie ma pojęcia o kulturze plastycznej. Trzeba by wprowadzić zajęcia w szkole, ale czy to się potem przyda komuś w pracy?
Freudenreich jest co najmniej sceptyczny, jeśli chodzi o edukację Polaków w zakresie estetyki, podniesienia świadomości piękna, ładu, czytelności. Potrzebne są radykalne zmiany w systemie szkolnictwa plastycznego! – aż podnosi się z krzesła. Trzeba je przewietrzyć, wprowadzić rotację kadr, by stale pojawiał się ktoś z nowymi pomysłami, innym podejściem. U nas pokutuje przywiązanie do uczelni, wspinanie się po szczeblach, a to jest zabójcze! To synekura, a nie praca twórcza, zaangażowana w nauczanie. Uspokaja się po chwili: – Najchętniej wybrałbym inny zawód, przyrodnik albo geograf – zastanawia się. Gdy Micia podpowiada: Może leśnik? – protestuje: Nie, boję się ciemności.
Podejrzewam, że najbardziej byłby szczęśliwy, prowadząc Muzeum Karaluchów, czyli ekspozycję własnych prac towarzyszącą spotkaniom z przyjaciółmi, wykonując drobne robótki (np. kartki świąteczne czy projekty do szuflady), obdarowując znajomych domowymi przetworami (pyszne dżemy i marynowane grzyby) z typograficznymi nalepkami „producenta”. I układając teksty poświęcone Mici – jak na przykład ten: „Obok maluje obok gotuje obok myśli obok choruje obok mówi obok pisze obok czyta obok płacze obok śpi obok podziwiam”. Bo Wojtek Freudenreich to niepoprawny rhomantyk.
Janek Bokiewicz nie myśli o zmianie zawodu. Mam wrażenie, że wydawcy trochę ochłonęli i przypomnieli sobie o starych fachowcach. Uśmiecha się, stukając palcem w zarzucony ikonkami ekran komputera w pracowni: Muszę wreszcie zrobić porządek, ale brak mi czasu, tyle mam pracy. Nowe galerie, reklama, wydawnictwa, coraz więcej zleceń na znaki firmowe. No i prasa, te ich wszystkie dodatki, wydania specjalne, tytuły dołączane w seriach – pokazuje skończone już projekty kilku tomów cyklu sportowego. Nie narzekam, to wciąż mnie fascynuje.
























































Komentarze