Projektowanie przemysłowe
Etnodizajn. Zdobienie, przetwarzanie czy nowa wartość?
Miniony rok upłynął pod znakiem folk- czy też etnodizajnu. W kilku miejscach równocześnie i niezależnie zakiełkowały takie same lub podobne pomysły. Były konkursy, warsztaty i wystawy, a na samym końcu pojawił się festiwal w Krakowie, który zamiast temat zamknąć i podsumować, otworzył dyskusję, co to jest etnodizajn? I choć dyskutowało kilka tęgich głów, etnografów, historyków sztuki i specjalistów od marki (zabrakło jednak wśród nich projektanta), po panelu odpowiedź nie była wcale bliższa niż przed nim.
Pierwsze było Muzeum Etnograficzne w Warszawie, które rozpisało konkurs na gadżet. Jeden z wielu gadżeciarskich konkursów ogłoszonych przez sektor publiczny w tym samym czasie. Na tle innych ten zaświecił jasno. Proste pomysły, dobry przekaz, klarowne i łatwe do wdrożenia projekty, które niestety podzieliły chyba los wielu innych zwycięskich gadżetów, czyli trafiły na półkę oczekujących na fundusze. To frustrujące dla wszystkich. Dla twórców, dla tych, co konkurs ogłosili i zorganizowali, i dla tych, którzy po informacjach prasowych nabrali apetytu na wałki z kogutkowym wzorem albo ptaszki‑gwizdawki. Nie znam odpowiedzi na pytanie, czy lepiej ogłaszać konkursy i nie wdrażać wyników, czy też nie ogłaszać ich wcale.
Na pewno jednak zeszłoroczny wysyp konkursów na pamiątkowy miły drobiazg był nieco absurdalny, a wyniki w większości wypadków dość mierne. Przede wszystkim w konkursach startują wciąż nie tylko te same osoby, ale i te same prace, a wymieniane są tylko tytuły. Co gorsza, poziom prac jest zazwyczaj słaby, a po otwarciu kopert okazuje się, że rzadko biorą w nich udział poważni projektanci. W większości to projektowa młodzież i amatorzy. Młodym taka aktywność bardzo się chwali, lecz wyraźny pożytek przynosi im akademicka kuratela, jak to miało miejsce w wypadku konkursu Muzeum Etnograficznego, prowadzonego jako projekt semestralny na Wydziale Wzornictwa Przemysłowego warszawskiej ASP. I choć sama idea budzi wątpliwości, to wyniki eksperymentu już nie. Było z czego wybierać.
W tym samym czasie rozgrywał się konkurs New Folk pod hasłem „Pamiątka z Polski”, a więc także gadżeciarski, organizowany przez Pro Design z Poznania w oparciu o fu ndusze miasta i urzędu marszałkowskiego, co więcej – wsparty prywatnym mecenatem Mebli Vox. Choć temat był ten sam, koncepcja konkursu zakładała tym razem więcej niż tylko folklorystyczne zdobnictwo. W opisie, ale także w sposobie realizacji odwołano się do tradycji i rzemiosła, czyli do korzeni. Przedsięwzięcie zyskało na splendorze dzięki obecności Li Edelkoort, trendsetterki i gwiazdy, która pracuje nad projektem prywatnej szkoły dizajnu w Poznaniu.
Konkurs podzielono na trzy etapy. Najpierw projektanci pracowali z rzemieślnikami, poznając tajniki koronczarstwa, snycerki, wikliniarstwa, garncarstwa. Wśród nich krążyła Li Edelkoort, budując mosty między starym a nowym światem. Zadaniem młodych było posiąść tajniki starych rzemiosł, by potem w swoich pracowniach użyć ich w inny sposób, w innym celu, w innej materii. Opinie uczestników były różne. Niektórzy woleliby popracować z mistrzami, poznać ich sposób myślenia, a nie tylko umiejętności. Inni nie narzekali. Po wyznaczonym czasie spośród złożonych projektów wybrano te przeznaczone do wdrożenia. Wśród nich trzy zwycięskie. Niestety, w moim przekonaniu nagroda główna zaprzeczyła całej idei konkursu. Ozdobna plecionka koronkowa przytrzymująca słuchawki – autorstwa Oli Szymańskiej – nie pada daleko od stringów z Koniakowa, które są raczej próbą komercjalizacji i stylizacją niż nowym dizajnem (il. 5). Nie wychodzi poza konwencję konkursu na gadżet. Spośród wyróżnionych zdecydowanie wolę huśtawkę Talerzyk Oli Mireckiej (il. 6) czy Jakubki Kariny Marusińskiej (il. 4). Nawet jeżeli nie są to idee odkrywcze, to jest w nich odpowiedź na tezy konkursowe, jest jakaś gra, inspiracja, przetworzenie.
To przetworzenie w rozmowie o etnodizajnie jest chyba najważniejsze, choć zazwyczaj postrzegane jednoaspektowo. Jeden kierunek jest oczywisty. Dywany Moho, które przeszły do historii polskiego wzornictwa, zanim zostały w Polsce na dobrze rozpoznane, są interpretacją ludowej wycinanki w innej skali, materii i w innym celu. To, co u Moho proste i oczywiste, w wydaniu Sztuki Beskidzkiej, która pokusiła się o interpretację interpretacji, jest wtórne i nieprzekonujące. Podobnie prosty przekaz jak u Moho niosą dywany Nodus i Folk zaprojektowane przez Aze Design (il.8,9). Pierwszy, klasyczny w metodzie wytwarzania, jest gigantyczną łapką do garnków, taką samą, jaką bezskutecznie usiłowałam zrobić lata temu na ZPT. Drugi, z przekształconym, zdygitalizowanym wzorem huculskim – nowoczesny i dopiero po zastanowieniu jednak etno. I jeszcze dywany autorstwa Joanny Rusin i Agnieszki Czop – Koguty, Pasanki i Wycinanki (il. 10–12).
Podobnie jest z przykładami architektury wybranymi na wystawę „Naturalne zasoby polskiego designu”, którą realizowałam na zamówienie Muzeum Regionalnego w Stalowej Woli, w czasie kiedy rozstrzygały się oba wspomniane konkursy. Złamana stodoła Głowackiego, Muzeum Ziemi Opolskiej Iwony Wileczek i Mariusza Tenczyńskiego, pawilon Expo 2010 (il. 13) autorstwa WWAA Architekci – wszystkie te projekty przetwarzają. Formę, funkcję, ornament. Padają różne zarzuty. Że forma pawilonu nie jest nowa ani odkrywcza, lecz jedynie ozdobiona ażurem. Że Muzeum Opolskie jest podobne do czegoś innego, co powstało w Holandii. Być może. Jednak kiedy postudiować choć trochę opis projektu, podział funkcji, znaczenia przestrzeni, okazuje się, że ten siedzący formą w europejskim trendzie budynek jest lokalny w treści i rozumieniu funkcji. Podobnie koronkowy pawilon. Jest zewsząd, ale też bardzo stąd.
Mało się mówi o drugim kierunku przetwarzania. Odwrotnym. Kiedy my, mieszczuchy, inteligenci i artyści, zachwycamy się wikliniarstwem, ginącym rzemiosłem, jego strażnicy i nauczyciele nie zawracają sobie nim głowy. Stosując tę samą metodę, wyplatają znakomite koszyki ze sznurka do snopowiązałek. Jest trwalszy, dostępny na okrągło i nic nie kosztuje. To nowe plecionkarstwo jest rzemiosłem, bywa też dizajnem, jeżeli popatrzeć na nie pod względem innowacyjności, funkcjonalności, a nawet ergonomii. Najsłabiej jest z formą, tą nikt sobie bez potrzeby nie zawraca głowy. To jest chyba największa bolączka nowego rzemiosła, które przestało być szczere i naturalne. Coraz częściej jest stylizacją. Ludowi twórcy dawno już przestali wytwarzać takie przedmioty, jakich ich nauczyła tradycja, jakich potrzebują i jakie im się podobają. Zamiast tego usiłują trafić w oczekiwania rynku i w efekcie tracą poczucie tożsamości i kierunku.
























































Komentarze