O autorze

Wojtek Moćko

Interdyscyplinaria

Glamur i fejm

Wojtek Moćko, 23 maja 2015

Genezę i sposób (nie)działania stararchitektury lub, jak kto woli, architektury gwiazd, znamy wszyscy – mniej lub bardziej zainteresowani tematem. Większość z nas potrafi też zapewne wymienić tych kilku(nastu) stararchitektów. Czy zjawisko gwiazdorstwa możemy także obserwować na polu dizajnu? A jeśli tak, to w jaki sposób rozwinęło się ono tutaj i czy istnieje przepis na stardizajnera?

W Bilbao zadziałało…

Historia stararchitektury, jak ją dziś rozumiemy, zaczęła się od słynnego Muzeum Guggenheima w hiszpańskim Bilbao, gdzie zaprojektowany przez Franka Gehry’ego budynek rzeczywiście pozwolił ożywić i przyciągnąć turystów (a tym samym pieniądze) do nękanego ekonomicznymi problemami miasta. Gehry zaprojektował niezwykle skomplikowaną formalnie budowlę, dając początek całej serii podobnych prac. To, co miało skupiać uwagę to przede wszystkim spektakularny, oryginalny wygląd. Program i funkcjonalność były mniej istotne. Eksplorowanie i wynajdywanie nowych form pozwoliło na tworzenie budynków-symboli, ikon, które przyciągać miały publiczność do miast niczym do galerii, poddając przy tym rewitalizacji zaniedbane obszary miejskie (przy okazji zmieniając także ich strukturę społeczną), a często całe miasta (w przypadku Bilbao). Działanie to nie pozostało bez konsekwencji dla całej praktyki architektonicznej. Skuszeni „efektem Bilbao” prezydenci, burmistrzowie i merowie zaczęli zapraszać co bardziej znanych architektów do postawienia a to muzeum, a to teatru, a to dworca, a to centrum handlowego, startując niejako w konkursie na najbardziej wymyślną formę architektoniczną. Szybko okazało się jednak, że jedyną wygraną w tych zawodach jest zaspokojone ego władzy, bowiem fenomen Bilbao powtórzyć było bardzo trudno. Co więcej, w wielu miastach stawką tej gry wcale nie była „operacja Bilbao”, jako metropolie prosperowały one całkiem nieźle, działanie było zatem jedynie czysto wizerunkowe i prestiżowe na zasadzie inni mają, to ja też chcę. Członków klubu stararchitektów już wkrótce można było policzyć na palcach obu rąk. Większość z nich stanowili oczywiście mężczyźni. Klub wciąż ma się nieźle, a jego członkowie nie mogą narzekać na brak zajęć.

Środkowy palec architekta

Wróćmy jednak do Franka Gehry’ego , tego „ojca założyciela”, który także ma co robić. Amerykański architekt zasłynął ostatnio projektem budynku Fundacji Louisa Vuittona (tak, tak, tego człowieka od najsłynniejszych na świecie walizek). Choć sam Vuitton dawno już nie żyje, to jego firma ma się całkiem nieźle. Należy zresztą do grupy LVMH, która skupia kilkanaście innych luksusowych marek, których dziwnym trafem kryzys ekonomiczny, z którym zmagamy się od 2008 roku, w ogóle nie dotyczy. Patron LVMH Bernard Arnault, którego relacja z francuskim fiskusem jest, delikatnie mówiąc, skomplikowana, jak wielu innych biznesmenów, jest wielkim fanem sztuki. To dla sztuki oczywiście bardzo dobrze, bo kiedy bogaci ludzie są fanami, to często się zdarza, niejako przy okazji, że zostają także mecenasami – ot, taka współczesna wersja siedemnastowiecznych monarchów. Fundacja potrzebowała siedziby-galerii, w której mogłaby tę sztukę umiłowaną sztukę prezentować, a jako że pozostajemy w świecie różnie rozumianej, ale jednak estetyki, to owa siedziba nie może być przecież byle jaka – im ciekawsza formalnie, tym lepiej, a jeśli przy okazji uda jej się zdominować swoje otoczenie, to tylko plus. Stararchitektura ma zresztą to do siebie, że w czym jak czym, ale w dominowaniu otoczenia jest bardzo dobra. Starbudynki są krytykowane głównie za to, że konkurując między sobą, burzą jedność miejskiego krajobrazu. Do współpracy zaproszono więc właśnie Gehry’ego, który wykazał się już niejednokrotnie zdolnością dominacji i „mistrzostwem formy”. Wielki kapitał i wielka polityka potrafią, jak wiemy, skutecznie ze sobą współpracować, to też gdy wielki kapitał (LVMH) przyszedł do wielkiej polityki (paryski ratusz lub, jak kto woli, Hôtel de ville), ta szybko zgodziła się na ulokowanie Fundacji w Lasku Bulońskim. Dominacja otoczenia nie była w tym przypadku zatem szczególnie trudna, bo jak się stawia budynek (i to taki!) w lesie, to rzeczywiście trudno go przeoczyć. Istnieje także prawdopodobieństwo, że uda się tu niejako powtórzyć fenomen Bilbao. Lasek Buloński, choć słynny jako miejsce cielesnych uciech, nie był raczej główną atrakcją turystyczną Paryża. Od teraz za sprawą budynku Fundacji, ulokowanego nieopodal trasy najbardziej turystycznej linii metra pomiędzy Łukiem Tryumfalnym a biznesową dzielnicą La Défense, ma duże szanse na zwiększenie frekwencji odwiedzających, którzy ochoczo oglądać będą, zresztą już oglądają, nowe (czyżby?) dzieło architekta. Gehry zaprojektował, a raczej przeprojektował to, co już kiedyś (kilkanaście razy) zbudował, bowiem siedziba Fundacji Vuittona niezwykle przypomina jego poprzednie dokonanie, a to poprzednie z kolei jest praktycznie kopią poprzedniego itd. W październiku ubiegłego roku architekt przyjechał na otwarcie swojego dzieła, tym razem już z nowym merem, a raczej merą, bowiem od 2014 roku po raz pierwszy funkcję tę pełni kobieta. Gehry wziął wówczas udział w konferencji prasowej, podczas której zapytany przez dziennikarza, jak odpowiedziałby na krytykę swojej pracy, która postrzegana jest jako architektura na pokaz („showy architecture”), pokazał światu swój środkowy palec, po czym z jego ust posypała się tyrada na temat tego, że współczesna architektura to w 98 procentach zwyczajne gówno („pure shit”), które nie ma żadnego poczucia dizajnu ani szacunku dla ludzkości (sic!). Według Gehry’ego istnieje tylko mała grupa ludzi robiących coś naprawdę wyjątkowego (zgaduje, że Frank do niej należy), a on sam nie czeka na telefon i pracuje z klientami, którzy wykazują się szacunkiem dla architektury (ba, jak się jest gwiazdą, to fani przychodzą sami). Choć Gehry później przeprosił, usprawiedliwiając się zmęczeniem i podeszłym wiekiem (85 lat), to jego wypowiedź jasno pokazuje niezwykłą wprost zarozumiałość i samouwielbienie bez cienia krytyki czy refleksji nad swoimi dokonaniami oraz nad rolą, jaką odgrywać może architekt. Niezwykła to szkoda, bo przecież na początku swojej kariery dał się on poznać jako bardzo utalentowany architekt, a nawet badacz architektury, dziś jego historia zaczyna być przestrogą dla tych, którzy nie wiedzą, kiedy ze sceny zejść… On i kilku jego kolegów jasno wyznaczyli sobie miejsce we współczesnej praktyce architektonicznej. Trudno jednakże uznać, że brak im refleksji i zadowalają się jedynie spacerowaniem po czerwonym dywanie oraz pstrykaniem selfie z co bardziej wpływowymi „włodarzami świata”. Próbują, naprawdę próbują, jednakże jakość ich refleksji – podobnie jak i jakość ich architektury – zamyka się często w ciekawie podanej i zatytułowanej formie kredowego lub recyklingowego sklejonego papieru, pod którą uginają się półki księgarń wszelkiego rodzaju muzeów i centrów kultury. Teoria zawarta w tych książkach to trochę jednak junkteoria, która podobnie jak junk food zapycha, ale nie karmi.

Śledźcie mistrza, czyli jak zostać stardizajnerem

Tak brzmieć mógłby pewnie tytuł kolejnego coolporadnika, który miałby spore szanse na sukces, bo też pustka wydawnicza wydaje się w tym temacie znaczna. Stardizajn nie jest bowiem zjawiskiem tak powszechnym jak stararchitektura, co być może dowodzi większej wrażliwości/nieśmiałości lub tylko i wyłącznie braku instynktu samozachowawczego projektantów? Uniwersalnej recepty zapewne nie ma i oglądając efekty gwiazdorstwa na polu architektury, niespecjalnie chciałoby mi się jej szukać. Dla poszukujących ewentualnego drogowskazu drogi wydają się jednak dwie. Pierwsza z nich to wersja amerykańska, w której, jak to w Ameryce, wszystko obudowane jest ciężką pracą. Drogę tę wytyczył na początku XX wieku Raymond Loewy – człowiek-instytucja, dwudziestowieczne „dziecko renesansu”, który z jednej strony odpowiada za współczesne rozumienie dizajnu, z drugiej natomiast przetarł szlak dla kolejnych dizajnerów gwiazd. Raymond Lowey = nowoczesność, to równanie nie straciło nic ze swojej aktualności. Zaprojektowane przez niego przedmioty, które wymieniamy jednym tchem: butelka coca-coli, paczka lucky strike'ów, Air Force One czy statek kosmiczny NASA – nadal konotują rozwój, bogactwo, kreatywność, łatwość i praktyczność, stając się obrazem epoki. Innym ważnym i trochę zapomnianym wymiarem tego dizajnu jest jednak jego znaczenie polityczne. Projekty Lowego niosły ze sobą opowieść o słynnym amerykańskim stylu życia związanym z łatwością, użytecznością i dostępnością, które stały się podwaliną amerykańskiej ideologii mającej zjednoczyć miliony przybyłych z całego świata emigrantów w nowym, młodym państwie. To nie kto inny jak Lowey – sam zresztą francuski emigrant – projektując lodówkę Coldspot, zastąpił drewno lakierowanym metalem, co pozwoliło reklamować ją jako niezwykle łatwą w czyszczeniu, a więc użyciu, i zarazem dużo bardziej higieniczną. Opowieść ta reprezentuje także płytkość amerykańskiej ideologii, którą mój nauczyciel zamknął kiedyś w stwierdzeniu, że od teraz wszystkim będzie żyło się łatwiej, bo mają wielką, czystą lodówkę. Raymond Lowey potrafił nie tylko za pomocą przedmiotów opowiedzieć, a może stworzyć „american way of life”, ale doskonale wiedział także, jak wykreować własny wizerunek. To pierwszy dizajner, który nie bez pomocy kolegów od rozwijającej się także w tym samym czasie reklamy, trafił na okładkę wpływowego magazynu „Time”, na której widzimy go w otoczeniu zaprojektowanych przez sobie przedmiotów. Do perfekcji opanował także pozowanie do zdjęć i zapewne gdyby żył dziś śmiało mógłby stać się… nie, nie, nie Frankiem Gehrym, ale raczej dizajnowym odpowiednikiem Rema Koolhaasa, czyli „inteligentnego celebryty”, który doskonale wykorzystuje swoją pracę do budowy gwiazdorskiego wizerunku. Żyje dziś jednak i ma się nie źle ten, który od Loewy'ego przejął może nie talent do projektowania przedmiotów, ale na pewno do projektowania image'u. Z samym w resztą Loewym łączy go także francuski paszport. Tak, tak druga z dróg to ta, którą – nie bez odrobiny szczęścia i ze sporym sukcesem – obrał Philippe Starck. Sekret jego popularności kryje się przede wszystkim w jego charakterze i osobowości oraz niepozbawionym surrealizmu dyskursie. Starck zaczął od zaprojektowania wnętrza paryskiej kawiarni, której najsłynniejszym elementem było trójnożne krzesło. Kawiarnia to być może zbyt duże słowo jak na miejsce, w którym można było delektować się raczej tymże dziwacznym wnętrzem na tymże dziwacznym krześle niźli samą kawą. Dała ona jednak początek temu, co dziś nazywamy dizjnerskimi hotelami, a także innymi przedmiotami, które określić można każdym przymiotnikiem oprócz „użytkowy”. Sama kawiarnia nie przetrwała zbyt długo i wkrótce została zamknięta, wiadomo to, co modne, szybko przemija, sam Starck przetrwał (trwa zresztą nadal, używając tych samych retoryczno-stylistycznych zabiegów) i niedługo potem wsławił się zleceniem udekorowania apartamentów prezydenckich w Pałacu Elizejskim podczas prezydentury François Mitterranda. Wkrótce po swoich 50. urodzinach paryskie Centrum Pompidou wyprawiło mu retrospektywną wystawę. Pamiętam, że oglądając ją, jako mało jeszcze wówczas świadomy znaczenia dizajnu dzieciak, nie do końca wiedziałem, gdzie jestem i co oglądam. Nie miało to bowiem wiele wspólnego z wystawą projektowania, ale raczej kiepską sztuką w stylu arty-farty, pracującą na rozbuchanym do granic ego… artysty? Celebryty? Projektanta? Tematem retrospektywy młodego wciąż bądź co bądź Starcka nie była praca Starcka, ale sam Starck, którego podobizny ustawione zostały w czymś na kształt cyrku, wykrzykując czy wygrywając jakąś niesamowitą kakofonię dźwięków. Dizajn i sztuka nieraz udowodniły, że granice między obiema praktykami są płynne, tutaj jednak trudno było odnaleźć jedno bądź drugie, a i proweniencja bohatera retrospektywy zadania nie ułatwiała. Philippe Starck pomimo kilku znaczących porażek (projekty dla Thomsona czy Aprilli) wcale się nie zmienił i z mozołem i uporem maniaka kontynuuje pracę nad wizerunkiem za pomocą kolejnych projektów o dziwacznych formach i jeszcze dziwniejszych nazwach oraz swoich opowieści. Starck uwielbia bowiem gadać i gada naprawdę sporo, wciąż na całym świecie znajdując tych, którzy chcą słuchać. Na to gadulstwo, jak napisał w „The Language of Things” Deyan Sudjic, nabrała się zresztą cała generacja projektantów, którzy uwierzyli, że to właśnie ono i wypracowany wizerunek to recepta na sukces.
Starckowi udało się stworzyć image dużo bardziej charakterystyczny niż Loewy'emu. Osiągnięcia Francuza, na polu dizajnu, nijak mają się jednak do osiągnięć Loewy'ego, który zrewolucjonizował praktykę projektowania. Image Loewy'ego zbudowany został na geniuszu projektanta, image Stracka natomiast to jedynie jego charyzma osobista i epoka, w której zapotrzebowanie na sławnych zdaje się przysłaniać ich osiągnięcia. W księgarniach będziemy zatem oglądali stos albumów Philippe Starck. Życie i twórczość, ale to nie jego przedmiotami będziemy się otaczać. Dziewczyny i chłopaki! Wracajcie zatem do tych Auto Cadów i przesuwajcie osie, krzywizny, zaostrzajcie i wygładzajcie krawędzie, sprawdzajcie, czy to już pora na druk 3D, czy może ciągle warto trzymać sztamę ze stolarzem z drugiego końca miasta. Praca to zapewne nie tak spektakularna jak latanie po scenie z mikrofonem i odwalanie performansu, ale choć nie wypada mówić w imieniu ogółu, to mam jakieś dziwne przeczucie, że my, użytkownicy, wolimy siedem miliardów dobrze zrobionych i wygodnych krzeseł o nazwie Krzesło niż kolejną generację gwiazd i gwiazdeczek, którzy gadulstwem i swoją osobą przysłaniają to, co w ich pracy najważniejsze, a czasami w akcie „zmęczenia” pokazują światu środkowy palec.



Szukaj nas na Facebooku

Szukaj