Ilustracje

Biblioteka projektanta

Hawaikum

1 sierpnia 2016


Hawaikum
pod redakcją Moniki Kozień, Marty Miskowiec i Agaty Pankiewicz Wydawnictwo Czarne, Akademia Sztuk Pięknych im. Jana Matejki w Krakowie oraz Muzeum Historii Fotografii im. Walerego Rzewuskiego w Krakowie, Kraków 2015, 17,3 × 22 cm, oprawa miękka, ISBN 978‑83‑8049‑117‑5, 978‑83‑64 448‑45‑4, 987‑83‑89 177‑62‑9, cena 49,90 zł


 

Pod moimi oknami przechadzał się właśnie Lewiatan z ojczyzny*.

Klapiąc swoimi klapkami, podzwaniając łańcuchami i nogawkami krótkich spodenek, siorbiąc piwo z plastików, zagryzając pajdą ze smalcem, poddawał się „urokowi” corocznej ściemy dla turystów, czyli Jarmarku Dominikańskiego w Gdańsku. Nie mogło być lepszej scenografii, kiedy w moje ręce trafiła nowa książka. Okładka w kolorze „różu majtkowego”, z egzotycznie brzmiącym tytułem Hawaikum, w tle ilustracja: sztuczna palma, krucyfiks, jelenie poroże i jeszcze jakieś floresy. W dolnym prawym rogu różowej okładki rozpoznawalne
logo Wydawnictwa Czarne. Zapowiada się nieźle.

Po szybkim przewertowaniu stron (oczywiście od ostatniej do pierwszej) przez myśl przemknął tekst z jednej z najbardziej rozpoznawalnych komedii Machulskiego: „No, ładne cacko”. Strona tytułowa zdaje się potwierdzać to podtytułem: W poszukiwaniu istoty piękna. W rzeczy samej, Hawaikum to zbiór 12 esejów (licząc wstęp i kluczowy dla książki esej fotograficzny) pod redakcją Moniki Kozień, Marty Miskowiec i Agaty Pankiewicz. Antropolodzy, humaniści, artyści przy wsparciu autorytetu – Józefa Tischnera (tekst Chochoł sarmackiej melancholii) – stawiają pytania o istotę polskiej masowej, czy raczej współcześnie ludowej, tęsknoty za pięknem. Filip Springer w tekście Brakujące słowo, otwierającym książkę, przybliża znaczenie egzotycznego tytułu: „»Hawaikum« to słowo, którego nam brakowało. Opisuje nieopisane. Chwyta za nogi i powala na ziemię. A potem rozprawia się z tym, co być może przeczuwaliśmy, ale nigdy tego nie werbalizowaliśmy. »Hawaikum« to ten zgrzyt, gdy w przestrzeni – wizualnej, muzycznej, kulinarnej – odkrywamy
fałsz”.

Posłuchajmy zatem, gdzie zgrzyta. Jan Sowa pisze, że Między Wschodem a Zachodem, czyli tu, u nas. Nasz kraj leży na tym pasie ziemi „pomiędzy”, w obszarze „ani zbyt dzikim, ani zbyt cywilizowanym”. Nijakim? A jednak w swojej nijakości niezwykłym. Marcin Smerda na czwartej stronie okładki zauważa: „Jeżeli tylko spojrzymy przez odpowiednie okulary, które paradoksalnie – niczym pan Hilary – nosimy już na własnym nosie, odkryjemy w Polsce egzotyczny urok i osobliwe piękno. Przyroda, kuchnia, budynki, ludzie na każdym kroku ukazują tu bowiem swoją wyjątkowość. Wystarczy się przypatrzyć, a okaże się, że nasze polonicum to w rzeczywistości hawaikum”. Gdzie ukrywa się to osobliwe piękno? Właśnie w sposobie patrzenia na pozbawioną estetycznego umiaru polską, materialną rzeczywistość (podkulturę materialną? jakoś zadrżała mi ręką przed napisaniem słowa „kultura”).

Upraszczając, można by powiedzieć, że książka jest o:
— kuriozalnej architekturze (Marta A. Urbańska, Marysia i Burek na Cejlonie: wiejska architektura egzotyczna)
— tandetnych barach (Monika Kozień, Egzotyczny koktajl z domieszką swojskości)
— naiwnych piosenkach (Dariusz Czaja, Piękny Hawaj. Egzotyka i pieśń)
— chamskich dresiarzach (Marcin Smerda, Krytyka wydziaranego rozumu)
— oraz innych hawaikach w polskich przestrzeniach prywatnych i przestrzeni publicznej (Marta Miskowiec, Rośliny; Hubert Francuz, Miasto. Twarz. Masyw; Agata Pankiewicz, HAWAIKUM. W poszukiwaniu istoty
piękna w gminach
).

Takie postawienie sprawy byłoby jednak symplifikacją godną zdjęcia przy jednym z dzieł z Eseju fotograficznego, być może przy łabędziu z opony albo z centaurem wśród brzóz. Owszem, książka bazuje na opisie wymienionych wyżej zjawisk, ale przede wszystkim tropi tęsknoty będące źródłem tych koślawych dzieł i poszukuje stanu umysłu, który je inspiruje. Jest o masowej tęsknocie za tym, czego nigdy nie mieliśmy i co być może nigdy nie istniało.

Na stronach książki możemy posmakować egzystencjalnego erzacu pozwalającego tysiącom rodaków uciekać od rzeczywistości w światy z nieuświadomionych marzeń o lepszym – o tym, by było ładnie. A żeby tak było, rodacy lubią oszukiwać siebie, pokazywać samym sobie, że są piękniejsi, silniejsi, lepsi niż w rzeczywistości. Specjalizują się w udowadnianiu, że wiedzą, jak powinno być, bo przecież tak jest „na Zachodzie”. To piękno zbudowane na fałszu trafia na manowce i materializuje się w przestrzeni
(czasem też na ciele…), tworząc wieloznaczne komunikaty – niekiedy po prostu szpetne i boleśnie niedopasowane, czasem wzruszająco nieudolne i naiwnie urocze. Intencje może są czyste i szczere, ale tam, gdzie wygrywa ordynarny fałsz i bezmyślne zapatrzenie w lepszy, importowany świat, piękno staje się groteskowe.

Autorzy nie ganią w oczywisty sposób żadnej z estetycznych przypadłości, które opisują. Starają się zachować dystans badacza, jednak w ich słowach jest wyczuwalna dyskretna fascynacja „złem”. Usiłują zachować naukowe podejście i metodykę, jednak często „puszczają oko” do czytelnika oraz rezygnują z naukowego tonu, dając do zrozumienia, że poruszamy się w temacie niejednoznacznym i delikatnym. W tej materii ściśle naukowe metody mogą być niewystarczające – potrzebne są też emocje. I bardzo dobrze, bo dzięki temu lektura jest naprawdę wciągająca (prawie jak niebezpieczne przygody Pana Samochodzika…).

Marta A. Urbańska, w rozdziale Marysia i Burek na Cejlonie: wiejska architektura egzotyczna, w sześciu kategoriach opisuje typologię estetycznego obłędu architektury polskich gmin i zabawnie ją konkluduje, odwołując się do polskiego ducha przygody i wolności.

Monika Kozień w Egzotycznym koktajlu z domieszką swojskości smakuje polskość na podstawie typów i nazw barów, ich lokalizacji, wystroju oraz oferty opisanej w menu. Z gorzką ironią wspomina: „Polski krajobraz kulinarny jest taki jak cała Polska. Przede wszystkim dominuje w nim sztuczność i udawanie lepszego, niż się jest – zabawniejszego, bogatszego”. Dariusz Czaja w Pięknym Hawaju. Egzotyka i pieśń wziął na warsztat takie gwiazdy polskiej piosenki lat 60. jak Violetta Villas czy Tercet Egzotyczny. Poddając analizie tęsknotę za niejasną, przyśnioną egzotyką, malowaną w tekstach piosenek, odpala: „Powiedzmy to wprost i bez niepotrzebnych krygów: jakie, do cholery, Hawaje??!! Kto w Polsce roku 1964 słyszał o jakichś Hawajach?”. Marcin Smerda w Krytyce wydziaranego rozumu idzie jeszcze dalej. Konsekwentnie i przekonująco drąży egzotykę dresiarskiego umysłu, z wszystkimi akcesoriami, zachowaniami i gestami, potrzebnymi, by zostać zaliczonym do tej kasty. Drwi i ironizuje przy tym okrutnie, zarazem zabawnie zagłębiając się w niuanse dresiarskiego universum. Czy wreszcie mój ulubiony rozdział o przedwojennych polskich zapędach kolonialnych – Polskie kolonie zamorskie. Ziemowit Szczerek, dowcipnie stylizując język opowieści na odrobinę niewspółczesny (może międzywojenny), opisuje historię tęsknot naszych rodaków za podbojami dzikich krain i ludów, które nosiłyby ich (nas) w lektykach. „Wyobrazić sobie fiaty cinquecento sporting parkowane w buszu, w buszu kapliczki z Frasobliwym, a może by i taki Frasobliwy w tym buszu nie był, może i Niefrasobliwy by się stał, warzywniaki z kapustą kiszoną w beczkach, z panią w niebieskim kitlu za ladą, a na dachu – małpa!”.

Czy dowiedziałem się czegoś nowego z tej książki? Ktoś, kto obserwuje estetykę „polskości” albo „polactwa” (jak mawiają niektórzy), ma radar wyostrzony na szczególne rejony twórczości „zwykłych” rodaków, a w swoim archiwum – tysiące zdjęć podobnych do tych z Eseju fotograficznego, nie znajdzie w tej książce nic nowego. Ale nie o to chodzi. Będzie ją czytał jak przegląd własnych spostrzeżeń, które inteligentnie, zabawnie, odrobinę złośliwie poukładano, nazwano i zilustrowano. Może wyjątkiem jest wspomniany wyżej esej o polskich marzeniach kolonialnych, z którego się dowiedziałem kilku faktów o naszych tęsknotach zamorskich. Ale wracając na ojczystą ziemię, po lekturze pojawia się refleksja istnienia swoistej symbiozy. Twórcy opisywanych i pokazywanych w książce „artefaktów” zazwyczaj bywają dumni ze swoich dzieł. Wykształceni (wyczuleni) poszukiwacze i obserwatorzy lokalnej egzotyki na widok tych dzieł doznają kolejnych ekstaz śmiechu pomieszanego z gorzką refleksją. Zadają pytania: „dlaczego i jak tak można? co spowodowało i jakie jest znaczenie? jakie są odniesienia i pragnienia?”. A obiektywna szpetota? Może to antidotum na przedizajnowaną rzeczywistość, czysta intencja piękna, nieskażona edukacją i „sztucznością” sztuki, jakaś pierwotna potrzeba materializacji dobra, które jest blisko zła. Ludzie chcą, żeby było ładnie. A że zazwyczaj się nie uda…? Cóż, można jedynie zacytować tytuł płyty grupy Starzy Singers Takie jest c’est la vie.

Piotr Mikołajczak

* Zob. A. Stasiuk, Lewiatan z ojczyzny, w: tegoż, Nie ma ekspresów
przy żółtych drogach
, Wołowiec 2013, s. 54–56.

Szukaj nas na Facebooku

Szukaj