Artykuł

Artykuł ukazał się w numerze 37 (IV/2010) kwartalnika 2+3D

Identyfikacja wizualna

Szacunek i cześć, i cześć!

20 listopada 2010

W zeszłym roku nakładem wydawnictwa Klucze ukazał się, robiąc niemałe zamieszanie, album Polski outdoor, który w bezpośredni sposób pokazuje otaczającą nas reklamę zewnętrzną. Publikacja ta jest swoistą relacją z prac stowarzyszenia Miasto Moje a w Nim (można je chyba nazwać badawczymi) i jego inicjatywy mającej na celu ustawowe określenie miejsca, charakteru, wielkości, a także definicji reklamy ­zewnętrznej w przestrzeni publicznej. Polski outdoor stał się wymownym dowodem na panujący w naszym kraju nieład i chaos w tej dziedzinie. Pokazał rynkową wolną amerykankę i urzędową ślepotę lub brak dobrej woli (no, może z wyjątkiem speckomisji Przyjazne Państwo, ale i ona dużo nie pomogła). Polecam tę lekturę. Co jednak wspólnego ma reklama zewnętrzna w Polsce z naszym narodowym godłem, herbem, barwami, więc graficzną emanacją państwa i narodu? No… chaos, ślepotę, a jeżeli nie, to przynajmniej całkowity brak myślenia systemowego i perspektywicznego, a także zacofanie. Używam tych słów zupełnie świadomie.

Temat poruszany był już wielokrotnie na forach internetowych, blogach, podczas mniej lub bardziej prywatnych rozmów ludzi choć trochę ­związanych z projektowaniem graficznym, ­branding­iem, heraldyką itp. Z drugiej strony nie jest to i nigdy nie będzie temat istotny, głośny, nigdy nie ­wyjdzie poza środowisko. ­Dlaczego? Tu odsyłam do wspomnianej przeze mnie publikacji. Skoro tak widoczny, krzyczący wręcz na naszych ulicach problem, jakim jest wszechpanosząca się reklama, pozostaje niezauważony, to jak mogą zostać dostrzeżone błędy w nazewnictwie, niepoprawne barwy godła, mniej czerwona czerwień, niekształtna tarcza czy akurat nie ta korona? To niemożliwe, bo dla większości nieistotne, ­niezauważalne.

Nie jestem specjalistą zajmującym się heraldyką. Nie znam się na tym i szczerze mówiąc, jakoś mnie do tego nie ciągnie. Zajmuję się na co dzień projektowaniem grafiki użytkowej i zdarzyło mi się realizować prace, w których musiałem użyć elementów identyfikacji Polski (godła, barw narodowych). W tym tekście chciałbym państwu pokazać, że zaniedbania dotyczące najważniejszych polskich znaków mają w stu procentach charakter podstawowy. Nie trzeba być wielkim znawcą problemu, żeby do tego dojść. Wielkich znawców problemu z góry więc przepraszam za ewentualne banały. Jak jest zatem?

Najlepiej na samym początku odnieść się do prawa. Konstytucja mówi o barwach i symbolach ogólnie i odsyła do ustaw. Pierwsze dwa artykułu obowiązującej Ustawy o godle, barwach i hymnie Rzeczypospolitej Polskiej oraz o pieczęciach państwowych z 31 stycznia 1980 roku, z późniejszymi zmianami, mówią mniej więcej tyle: „Orzeł biały, biało‑czerwone barwy i » Mazurek Dąbrowskiego « są symbolami Rzeczypospolitej Polskiej” (art. 1 pkt. 1). „Godłem Rzeczypospolitej Polskiej jest wizerunek orła białego ze złotą koroną na głowie zwróconej w prawo, z rozwiniętymi skrzydłami, z dziobem i szponami złotymi, umieszczony w czerwonym polu tarczy” (art. 2 pkt 1), a „otaczanie tych symboli czcią i szacunkiem jest prawem i obowiązkiem każdego obywatela Rzeczypospolitej Polskiej oraz wszystkich organów państwowych, ­instytucji i organizacji” (art. 1 pkt 2). To większość z nas wie. ­Większość z nas wie także, że Orzeł Biały wykorzystywany był do identyfikowania państwa i narodu polskiego, panujących tu ­dworów i władców już od stuleci, z tym się nie ­dyskutuje, bo i po co. Skrótowo, orzeł biały, jeszcze nie jako herb, pojawia się na książęcych monetach, a w czasie ogólnoeuropejskiego „trendu” ­powstawania ­znaków heraldycznych (wiek XIII) ulega im i on, ­stając się godłem herbowym. Proces powstawania herbu Orła Białego był wieloetapowy, ­ciągnął się przez kilka stuleci. Przyjmuje się, że przełom XIII i XIV wieku to okres finalnego kształtowania się funkcji publiczno‑prawnej herbu, bo jego forma ulegała wielu zmianom na przestrzeni całej historii. W kwestii formalnych ewolucji godła (herbu) państwowego najciekawsza jest ostatnia zmiana, związana z odzyskaniem przez Polskę niepodległości. W 1990 roku Sejm RP z oczywistych względów postanawia zmienić godło państwowe i nawiązuje do „ukoronowanego” projektu Zygmunta Kamińskiego, wykorzystywanego w okresie II RP od 1927 roku. Nowelizacja ustawy nie zmienia nazwy z godła na herb, w czym przejawia się jeszcze PRL‑owska niechęć do wszystkiego, co szlacheckie – więc herbowe – i sankcjonuje pierwszą nieścisłość. W języku heraldyki godłem (figurą heraldyczną) jest sam Orzeł, a herbem – on na czerwonej tarczy (polu). Prawodawca ustanawia godło, które krytykowane było już w momencie ustanowienia w 1927 roku. Wykazywano m.in. wątpliwości heraldyczne dotyczące wykorzystanej korony. Przejdźmy jednak na moment do praktyki.

Problemy związane z podejściem do symboli narodowych można podzielić na dwie grupy. Pierwszą opisuje szeroko raport NIK z ­kwietnia 2005 roku zatytułowany „Informacja o wynikach kontroli używania symboli państwowych przez organy administracji publicznej”. Oceny NIK są negatywne. Sprawozdanie, którego lekturę polecam (dokument dostępny na stronie Izby www.nik.gov.pl), pokazuje, jak niepoważnie i lekceważąco można traktować nakazy prawne. Z większości opisanych przypadków wynika, że to, co zdobi urzędowe budynki i gabinety, nie ma nic wspólnego z godłem, flagą czy barwami narodowymi. Sam kiedyś zamieściłem w kwartalniku tekst o dziwacznym podejściu do wizualnej oprawy wyborów. Sprawozdanie NIK jasno pokazuje, że już na poziomie administracji centralnej i w samorządach lokalnych świadomość konieczności posługiwania się właściwymi formami symboli państwowych, a także konieczności stosownego do nich podejścia jest niska, może nawet żadna. Mimo że podstawowe akty prawne w dość prosty sposób, wręcz łopatologicznie określają te znaki, ustalenia te – więc i prawo – nie są respektowane. W wielu przypadkach decydenci ograniczyli się do wdrożenia przepisów mówiących ogólnie, co jest godłem i barwami narodowymi, z załączników prezentujących konkretne wzory już nie korzysta się tak często. Kontrolerzy NIK wspominają w sprawozdaniu, że mimo iż na przestrzeni lat prawodawstwo określające symbole narodowe było wielokrotnie modyfikowane, przez co akty prawne są miejscami niejednoznaczne i niespójne, to „ustawa mimo wymienionych mankamentów, w sposób jednoznaczny określa wzór godła i flagi”. Ogólnie tak, ale problem tkwi w szczegółach.

Godło (herb) państwowy z ustawowego załącznika. Aż tyle i tylko tyle.

Godło (herb) państwowy z ustawowego załącznika. Aż tyle i tylko tyle.

Godło (herb) państwowy z ustawowego załącznika. Aż tyle i tylko tyle.

Wielu z państwa zapewne domyśla się, czego może dotyczyć druga grupa problemów. Podpowiedzią mogą być same daty: rok 1980 (uchwalenie ustawy), 1990 (nowelizacja), a nawet 1927 – rok powstania wzoru godła (herbu), na którym bazuje obecne. Problem tkwi w czasie i zmieniającej się technice. Sposób ustawowego określenia symboli narodowych jest archaiczny, nie przystaje ani do współczesnych sposobów projektowania graficznego, aplikacji grafiki, czy nawet do materiałów wykorzystywanych np. do produkcji flag. ­Jednym z podstawowych problemów dotyczących godła (herbu państwowego) jest wspomniany przeze mnie wcześniej sposób jego przygotowania i forma zapisu w ustawie. Załącznik z wzorem godła występuje obecnie w internecie jako mapa bitowa, jest to najprawdopodobniej skan oryginału przygotowanego 20 lat temu (a ten bazował zapewne na oryginale z czasu II RP ). Jak w przypadku każdego znaku, mocno ogranicza to i utrudnia pracę projektanta, aplikację znaku, obniża jego jakość itp. Prawodawca, załączając do Ustawy cieniowany rysunek białego orła na czerwonej tarczy, nie przewidział innych wersji znaku, zarówno technicznych (pliki wektorowe), jak i kolorystycznych (monochromatyczna, achromatyczna czy negatywowa). Brakuje nam prostej, ­podstawowej księgi znaku, która określałaby te zasadnicze kwestie, brakuje więc jednego z podstawowych narzędzi. Efektem tego niedopatrzenia jest zaistniały bałagan. Identyfikując różne instytucje państwowe, projektanci bodaj najrzadziej korzystają z ­wersji ustawowej godła. Przeważa użycie wersji wektorowej dostępnej np. na stronach Wikipedii czy korzystanie z wersji outline’owych Orła (więc właśnie samego heraldycznego godła), pozwalających na (niby) swobodną aplikację na wszelakich tłach, gradientach, flagach, chmurkach, landszafcikach. Bajka! Drugim, nie mniejszym problemem jest barwa, a dokładnie – barwy polskich symboli państwowych, sposób ich zapisu i „tłumaczenia” na obecnie wykorzystywane „języki”. W tym punkcie szybko odsyłam państwa do artykułu Agaty Kwiatkowskiej‑Lubańskiej Jaki CMYK twój? (37 numer 2+3D) i oddycham z ulgą, że nie muszę sam opisywać kolejnych sposobów, systemów i konsekwencji ich użycia.

po lewej: Godło (Orzeł Biały) w wersji konturowej. Wzór nieusankcjonowany prawnie, jednak najczęściej wykorzystywany przy tworzeniu druków i identyfikacji instytucji rządowych, np.: Ministerstwa Rozwoju Regionalnego (mrr.gov.pl), Ministerstwa Finansów (mf.gov.pl), Ministerstwa Zdrowia (mz.gov.pl) i niezliczonych urzędów wojewódzkich.
Po prawej: Wikipedia rządzi. Szukając wersji wektorowej godła, projektanci chyba najczęściej sięgają właśnie tu. Projekty wykorzystujące ten przykład łatwo poznać po niesymetrycznym ustawieniu orła na tarczy, co w dużym powiększeniu jest całkiem dobrze widoczne.

po lewej: Godło (Orzeł Biały) w wersji konturowej. Wzór nieusankcjonowany prawnie, jednak najczęściej wykorzystywany przy tworzeniu druków i identyfikacji instytucji rządowych, np.: Ministerstwa Rozwoju Regionalnego (mrr.gov.pl), Ministerstwa Finansów (mf.gov.pl), Ministerstwa Zdrowia (mz.gov.pl) i niezliczonych urzędów wojewódzkich. Po prawej: Wikipedia rządzi. Szukając wersji wektorowej godła, projektanci chyba najczęściej sięgają właśnie tu. Projekty wykorzystujące ten przykład łatwo poznać po niesymetrycznym ustawieniu orła na tarczy, co w dużym powiększeniu jest całkiem dobrze widoczne.

po lewej: Godło (Orzeł Biały) w wersji konturowej. Wzór nieusankcjonowany prawnie, jednak najczęściej wykorzystywany przy tworzeniu druków i identyfikacji instytucji rządowych, np.: Ministerstwa Rozwoju Regionalnego (mrr.gov.pl), Ministerstwa Finansów (mf.gov.pl), Ministerstwa Zdrowia (mz.gov.pl) i niezliczonych urzędów wojewódzkich.
Po prawej: Wikipedia rządzi. Szukając wersji wektorowej godła, projektanci chyba najczęściej sięgają właśnie tu. Projekty wykorzystujące ten przykład łatwo poznać po niesymetrycznym ustawieniu orła na tarczy, co w dużym powiększeniu jest całkiem dobrze widoczne.

Nie żyjemy jednak na pustyni, mamy to szczęście, że otaczają nas kraje, które z tym tematem już sobie poradziły, efekty ich pracy są widoczne. Z jednej strony zauważamy i doceniamy ciekawe – dla nas, projektantów – rozwiązania ­szwajcarskie, szwedzkie, niemieckie czy brytyjskie. Z drugiej strony czujemy nieskrywaną zazdrość i pewne zniecierpliwienie. Szczęśliwym trafem rozwiązania te dostrzegają także nasi urzędnicy, którzy otrzymują zagraniczną korespondencję, a może część z nich szczerze i tak po prostu interesuje się tym z racji wykonywanej pracy. Oni pewnie też czasami odczuwają zazdrość, co może okazać się zbawienne.

Logo rządu Niemiec, Meta Design, 1996. Wersje: pełnokolorowa, monochromatyczna i achromatyczna (najczęściej używana w faksach)

Logo rządu Niemiec, Meta Design, 1996. Wersje: pełnokolorowa, monochromatyczna i achromatyczna (najczęściej używana w faksach)

Logo rządu Niemiec, Meta Design, 1996. Wersje: pełnokolorowa, monochromatyczna i achromatyczna (najczęściej używana w faksach)

Chyba najlepiej wdrożonym projektem jest realizacja studia Meta Design z 1996 roku – wielokrotnie opisywany system identyfikacji instytucji rządowych Republiki Federalnej Niemiec. Głównym jego elementem jest układ czarnego Orła, barw państwowych (w postaci trójbarwnej kreski) i części typograficznej – zmieniającej się stosownie do identyfikowanej instytucji. Projekt to z jednej strony profesjonalna księga znaku i elementów identyfikacji wizualnej, z drugiej – kompleksowe narzędzie internetowe pozwalające (po uzyskaniu dostępu) na przygotowanie druków, aplikację poszczególnych elementów i dające możliwość ich modyfikacji. Warto dodać, że twórcy w trakcie realizacji projektu zmodyfikowali formę samego orła, czyniąc go bardziej „przyjaznym i nowoczesnym”. Podobnym, a nawet jeszcze prostszym rozwiązaniem jest system szwajcarski, wykorzystujący bezpośrednio herb państwa i typografię (krój Frutiger Light). Nic dodać, nic ująć – czysta szwajcarska precyzja. 

Logo Szwajcarii (Bundeslogo)

Logo Szwajcarii (Bundeslogo)

Logo Szwajcarii (Bundeslogo)

Przykłady Kanady i Szwecji czy brytyjskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych i Wspólnoty Narodów (­Foreign and Commonwealth Office) pokazują, że ten kierunek przyjmowany jest często. W ostatnim przypadku specjalnie w tym celu „odświeżono” herb królewski, wykorzystywany przez ten resort od 1953 roku.

Logo Ministerstwa Spraw Zagranicznych i Wspólnoty Narodów oraz jego modyfikacje wykorzystywane m.in. przez brytyjskie placówki dyplomatyczne.

Logo Ministerstwa Spraw Zagranicznych i Wspólnoty Narodów oraz jego modyfikacje wykorzystywane m.in. przez brytyjskie placówki dyplomatyczne.

Logo Ministerstwa Spraw Zagranicznych i Wspólnoty Narodów oraz jego modyfikacje wykorzystywane m.in. przez brytyjskie placówki dyplomatyczne.

Zbawienny okazać się może także fakt przejmowania w połowie przyszłego roku prezydencji Unii Europejskiej przez polski rząd. Jak zawsze wiąże się to z postawieniem konkretnego kraju w świetle jupiterów. To u nas będą miały miejsce znaczące wydarzenia, konferencje, spotkania, to na tę okazję już tradycyjnie przygotowuje się specjalną identyfikację wizualną. Zamknięty konkurs na logo prezydencji ogłoszono w październiku ubiegłego roku, z góry zakładając ujawnienie jego efektów tuż przed prezydencją, więc obecnie jest cicho. To jednak za mało. Nie wystarczy nowe, smaczne logo, by przykryć wizualny chaos identyfikacji poszczególnych instytucji i resortów. A to przecież one będą wystawione na szczególne zainteresowanie i mediów, i urzędników unijnych. Nie wystarczy również czasu. Mamy koniec roku, nikt o zdrowych zmysłach nie będzie próbował opracowywać ani tym bardziej wdrażać nowego, spójnego systemu identyfikacji rządu – systemu, który jest nam niewątpliwie potrzebny, ale widocznie musimy jeszcze do niego dorosnąć. Tu pozwolę sobie na złośliwość – dorosnąć do niego muszą chyba rządzący, bo wielokrotnie poruszając ten temat z zaprzyjaźnionymi grafikami, a także śledząc internetowe dyskusje, utwierdziłem się w przekonaniu, że my już dorośliśmy i są wśród nas projektanci i firmy projektowe, które nie tylko mogą z powodzeniem przygotować takie rozwiązanie, ale dodatkowo nadzorować jego wdrażanie, co przecież może okazać się o wiele trudniejsze. Jako środowisko nie mamy widocznie jeszcze takich wpływów. Może trzeba nad nimi pracować, może warto wyraźniej zwracać uwagę na problem, może redakcja kwartalnika powinna iść dalej i rozpocząć szerszą dyskusję? A może trzeba robić to stopniowo, po kolei i uzbroić się w cierpliwość, uznając, że jaki kraj, taka identyfikacja?

Logo rządu holenderskiego i ministerstw, oraz specjalnie zaprojektowany krój pisma, Studio Dumbar, 2007

Logo rządu holenderskiego i ministerstw, oraz specjalnie zaprojektowany krój pisma, Studio Dumbar, 2007

Logo rządu holenderskiego i ministerstw, oraz specjalnie zaprojektowany krój pisma, Studio Dumbar, 2007

Kiedy po raz pierwszy na forum redakcji rozmawialiśmy o pomyśle opublikowania ­artykułu analizującego problem symboli narodowych, Kuba Sowiński przypomniał, że nie przykładaliśmy większej wagi do pomysłów i konkursów, których celem było wyłonienie znaków kolejnych ministerstw i instytucji państwowych. Czekaliśmy na rozwiązanie systemowe, na ruch na miarę niemieckiej identyfikacji. No ale nie ma tak pięknie. W ciągu ostatnich lat kilkakrotnie organizowano konkursy i przetargi na znaki identyfikujące niektóre ministerstwa. Najciekawszym przykładem jest dla mnie – o zgrozo! – Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego, które w 2007 roku za rządów Kazimierza Michała Ujazdowskiego (PiS), po konkursie nierozstrzygniętym ze względu na niski poziom nadesłanych projektów, zamówiło znak w firmie Fontarte (Artur i Magdalena Frankowscy). 

Logotypy Ministerstwa Kultury zmieniają się ostatnio razem z ministrami. U dołu obecne logo, powyżej wersja z czasów poprzedniej koalicji. Ktoś chyba nie poinformował o zmianie organizatorów festiwalu Łódź Design... żeby tylko nie mieli politycznych nieprzyjemności.

Logotypy Ministerstwa Kultury zmieniają się ostatnio razem z ministrami. U dołu obecne logo, powyżej wersja z czasów poprzedniej koalicji. Ktoś chyba nie poinformował o zmianie organizatorów festiwalu Łódź Design... żeby tylko nie mieli politycznych nieprzyjemności.

Logotypy Ministerstwa Kultury zmieniają się ostatnio razem z ministrami. U dołu obecne logo, powyżej wersja z czasów poprzedniej koalicji. Ktoś chyba nie poinformował o zmianie organizatorów festiwalu Łódź Design... żeby tylko nie mieli politycznych nieprzyjemności.

Przygotowany znak nie zawierał żadnego symbolu, był nim po prostu skrót nazwy (MKiDN) w opracowanym przez projektantów kroju pisma. Takie było zamówienie. Niestety, projektu nigdy do końca skutecznie nie ­wdrożono, tłumacząc, że wymaga to czasu. Tego jednak zabrakło, bo resort pod rządami nowego ministra, Bogdana Zdrojewskiego (PO), zaczął posługiwać się nowym, typograficznym znakiem „składającym się z pełnej nazwy Ministerstwa, opatrzonym kropką / kwadratem, stworzonym w oparciu o font Helvetica” (cytat za księgą znaku dostępną na stronie Ministerstwa). Nie będę oceniał obu znaków, ocenię tylko działanie władzy. Konkursom na znaki graficzne już kiedyś w kwartalniku daliśmy żółtą kartkę. Szybkie zmiany znaku graficznego jednej z najważniejszych instytucji w państwie, w dodatku tej, która ma się zajmować kulturą i jej krzewieniem, to przejaw ignorancji, nieznajomości tematu, braku szacunku dla pracy projektanta (w końcu też twórcy kultury), no i proste marnowanie pieniędzy podatnika. Z tej perspektywy, zgrzytając zębami np. na widok znaku Ministerstwa Rolnictwa czy czerwonego maźnięcia wykorzystywanego przez Kancelarię Premiera, cieszę się, że są takie i niech sobie takie zostaną. Szczerze mówiąc, ogarnia mnie pusty śmiech, gdy słyszę o kolejnym nierozstrzygniętym konkursie (tym razem na logo Sejmu RP). Jury uznało nadesłane znaki za „nieczytelne”, dla mnie za to nieczytelne od samego początku były reguły tej zabawy, jasny natomiast był finał, naprawdę wiedziałem, że tak się to skończy (nie pierwszy przecież raz). Tak się kończą zabawy polityków chcących pobawić się w projektantów. Sytuacja odwrotna byłaby zapewne o wiele bardziej pożyteczna.

Projektantem chce być każdy, to bardzo ciekawy zawód. Gminna wieść niesie, że nad znakami swoich resortów pochylają się sami ministrowie.

Projektantem chce być każdy, to bardzo ciekawy zawód. Gminna wieść niesie, że nad znakami swoich resortów pochylają się sami ministrowie.

Projektantem chce być każdy, to bardzo ciekawy zawód. Gminna wieść niesie, że nad znakami swoich resortów pochylają się sami ministrowie.

Ostatnie miesiące przyniosły nowy pomysł podejścia do problemu identyfikacji instytucji rządowych. Zbliżająca się polska prezydencja w UE skłoniła urzędników Ministerstwa Spraw Zagranicznych do próby opracowania (szybkiego niewątpliwie) sposobu identyfikowania tego resortu, łącznie z podlegającymi mu bezpośrednio polskimi placówkami dyplomatycznymi. Skorzystano w tym przypadku ze ściągi, którą są niewątpliwie wcześniej wspominane rozwiązania zagraniczne. W założeniu nowy znak ma się składać z godła (herbu) państwowego, opracowanego w sposób przystający do obecnych technologii (m.in. z wersją wektorową, monochromatyczną i miniaturą), oraz części typograficznej – podpisu stanowiącego nazwę ministerstwa. Działanie to jest początkowym ruchem zmierzającym do rozwiązania problemu archaicznego określenia wartości barwnych godła państwowego. Możemy się spodziewać, że zaproponowane przez specjalistów projekty będą maksymalnie spójne z ustawowymi wzorami. Mam nadzieję, że to pozwoli chociaż częściowo uporządkować identyfikację kraju, załata po prostu pewną dziurę. Dodatkowo, oparcie identyfikacji Ministerstwa właśnie na godle i adekwatnie opracowanym układzie typograficznym może dać prosty, ale chyba słuszny punkt zaczepienia do reformy sposobów identyfikowania pozostałych resortów. Może być początkiem systemu, jasne, że wprowadzanego odrobinę z boku, ale jednak. Rozwiązanie takie idzie w parze z głosami wielu grafików (prezentowanymi np. podczas zeszłorocznej konferencji Kupe w ­słowackiej Żylinie), że choć posiadanie własnego znaku graficznego jest kuszące i „trendy”, to być może instytucje państwowe mieć ich nie muszą, wszak mogą posługiwać się właśnie herbami lub godłami państwowymi.

Nie chciałem, aby tekst ten był akademicką rozprawką o pochodzeniu i funkcjonowaniu polskiej identyfikacji państwa – symboliki narodowej; ­starałem się, aby był w miarę „lekki”. Nie trzeba się doktoryzować, wystarczy mieć przeciętną wrażliwość estetyczną, by stwierdzić, że nie wszystko jest OK. Nie chcę się wdawać w dyskusję o estetyce polskiego godła, o jego formalnej zasadności, o tym, czy korona powinna być taka, czy inna, dziób orła bardziej spiczasty. Na takie debaty też jest czas, ale trzeba na to o wiele więcej miejsca, niż ­zajmuje ten artykuł. Uważam ponadto, że do tematu ewentualnych zmian w polskiej symbolice ­narodowej należy podchodzić z wielką ostrożnością. Nie jestem zwolennikiem częstych rewolucji, co chyba jasno wyraziłem, opisując działania Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Minęło dopiero 20 lat od zmiany godła, na niektórych budynkach dalej wiszą orły z doklejonymi złotymi koronami z folii samoprzylepnej. Dwie dekady to niewiele, a kwestia identyfikowania narodu nie powinna być rozstrzygana metodą terapii szokowej. Potrzebna jest szersza dyskusja nad sposobami identyfikowania państwa i jego instytucji. Warto wznieść się ponad poziom ministerialny i spojrzeć szerzej na dziesiątki czasami kuriozalnych pomysłów, raczej nieprzystających do wizerunku kraju. Przeanalizowania wymaga sytuacja, w której dwie izby tego samego parlamentu mają tak różne znaki. Senat bazuje na renesansowej stylizacji Orła, rodem z krakowskiej kaplicy Zygmuntowskiej, Sejm na pospolitym zdjęciu swego gmachu przerobionym na wersję wektorową.

Niższa i wyższa izba obradują tuż obok siebie. A tak specyficzny system identyfikacji wizualnej instytucji władzy ustawodawczej tworzą znaki Senatu (oparty na renesansowej stylizacji) i Sejmu (oparty zapewne na funkcji automatycznego obrysowywania z programu komputerowego)

Niższa i wyższa izba obradują tuż obok siebie. A tak specyficzny system identyfikacji wizualnej instytucji władzy ustawodawczej tworzą znaki Senatu (oparty na renesansowej stylizacji) i Sejmu (oparty zapewne na funkcji automatycznego obrysowywania z programu komputerowego)

Niższa i wyższa izba obradują tuż obok siebie. A tak specyficzny system identyfikacji wizualnej instytucji władzy ustawodawczej tworzą znaki Senatu (oparty na renesansowej stylizacji) i Sejmu (oparty zapewne na funkcji automatycznego obrysowywania z programu komputerowego)

Szczerze doceniam pomysł Ministerstwa Spraw Zagranicznych, czekam na efekty. Doceniam także działania władz mające na celu promocję polskich symboli narodowych, możliwość wywieszania flagi przed firmami i domami. Paru moich znajomych zakupiło sobie nawet maszty flagowe, jeden ściąga flagę każdego wieczoru, by rano wywiesić ją z powrotem, to może drobna przesada, ale… Uważam, że konstytucyjny zapis o poszanowaniu godła, flagi należy najpierw kierować do rządzących, od nich idzie przykład, a sami rządzący, chcąc poważnie podchodzić do tej symboliki, muszą ją najpierw uporządkować, czy raczej oddać ją w ręce tych, którzy na porządkowaniu wizualnych aspektów państwa mogą znać się najlepiej: specjalistów, projektantów, heraldyków, typografów. To naprawdę proste, a chyba nie takie drogie. Po raz kolejny mniej znaczyć może więcej.

Komentarze

  • Julia
    29 listopada 2010
    zgłoś do moderacji
    Zakładając, że celem projektowania jest uzyskanie form poprawiających jakość życia i zwiększających wiedzę, można próbować wytyczyć granicę pomiędzy projektowaniem prawdziwym a działaniami mającymi jedynie jego pozory. Samo pole znaczeniowe terminu design, jak i jego definicja, zakładają jednak pewną tymczasowość i niedomknięcie, co utrudnia arbitralną ocenę. Zawsze jednak można pokusić się o odnalezienie ram, które decydowały o powstaniu i ostatecznej
    formie danego projektu, i na ich podstawie wyprowadzić zasadność użytych środków oraz zgodność efektu z definicją projektowania.

    Rozpoczynając dyskusję o konieczności wprowadzenia spójnej identyfikacji państwa polskiego, decydujemy się na poważną manifestację o potencjalnych konsekwencjach. Należy mieć świadomość, ze te konsekwencje dotyczyć będą świata realnego. Jeśli zabieramy się za rozwiązywanie problemu, zastanówmy się nad tym, jak bardzo jest on palący i dla kogo. Pomyślmy również nie tylko jak, ale też kto i dla kogo ma go rozwiązać?
    Odpowiedzi wydają się radośnie proste ale to tylko pozory. Spróbujmy rozrysować sobie wstępny szkic sytuacyjny.

    Polska jest jednym z trzech najdynamiczniej - obok Włoch i Chin - rozwijających się politycznie krajów świata. Nie mamy wprawdzie na koncie (starorzymskiego wręcz) zespolenia medialnego koncernu rozrywkowego z ideą państwa ani zaawansowanych wielkoskalowych eksperymentów na ludzkim
    ciele i przyrodzie, ale staramy się braki te nadrobić na swój własny sposób.
    W ostatnich wyborach samorządowych, prawie połowa uprawnionych powierzyła swoją przyszłość bliżej nieznanym osobom; zamiast dróg i kanalizacji państwo buduje stadiony (zostawmy meandry prywatyzacji i systemu socjalnego); armia trenuje walkę w rejonach półpustynnych; przez trzy miesiące pokazuje się obywatelom krzyż, którego nie używa się nawet jako medialnego tematu zastępczego, ale jako tematu epickiego. Państwo estetyzuje się i przenosi ciężar działań z
    rzeczywistości (w której się kurczy) na ekrany...

    To znikanie państwa jest aktem obserwowalnym gołym okiem, tak jak znikanie lasów, zastępowanych cholera-wie-czym (beton kolumn udaje marmur). W pewien sposób sytuacja bieżąca i styl życia Polaków przypomina czasy saskie. Tym razem jednak nie spodziewałbym się nowych rozbiorów przez jakieś wrogie potęgi - jesteśmy życzliwie obserwowani a wyciągnięte tu wnioski nie idą w las. Zadajmy sobie pierwsze pytanie: pytanie o witruwiańskie decorum. Czy systematycznie uporządkowana
    symbolika państwowa i identyfikacja oparta na oświeceniowych ideałach nie będzie wyłącznie symulakrem, przykrywką, zgrzytającą ozdobą?
    W ostatniej chwili przed ostatecznym zniknięciem, z czarnych dziur dochodzą potężne błyski energii. Tak było w 1791 r., tylko że wówczas objawiona Konstytucja była aktem twórczym;
    porządkowała świat realny a nie symboliczny. Dużo się pisze o moralnej czy etycznej odpowiedzialności projektanta: musimy rozważyć, czy nie zabieramy się aby za wspieranie fikcji.

    Czy właściwe naszej profesji dążenie do budowy systemów i postrzeganie ich jako coś lepszego od "chaosu", nie jest bagażem po totalizującej historii nowoczesności? Przypomina się Le Corbusier i jego plan przebudowy Addis-Abeby: betonowa utopia z ludobójstwem w tle. Czyż swastyka nie była
    najbardziej wysublimowanym efektem promieniowania Bauhausu?
    Bardzo chciałabym widzieć naszą symbolikę państwową przystrzyżoną jak drzewko bonsai, na wzór niemieckiej, holenderskiej, brytyjskiej. My, projektanci, domagamy się projektu odpowiadającego
    naszej potrzebie. Jesteśmy niewielką grupą, ale z pewnością nie jesteśmy sami. Spróbujmy jednak pokazać wzory, których zazdrościmy innym krajom, naszym panom - braciom:
    dostrzeżemy lekceważący szklany wzrok, ziewanie oczami. Jesteśmy jak koneserzy obiadów czwartkowych, samotni w pantalonach i peruce z harzapem wśród morza głów pogolonych. Wyłącznie nas ekscytują świetnie wyegzekwowane krzywe, solidność kompozycji i myślenie o różnych polach
    eksploatacji.
    Wejście z czymś takim w Polskę, to zabranie setkom ludzi ich ulubionych makat, korzenio- i balonoplastyki, koron z pazłotka, pamiątek po czymś tam... To wejście machiny w dopiero co
    uczłowieczoną przestrzeń, aroganckie wyparcie prawdziwego życia.
    Podczas kiedy modni u nas zachodni autorzy postulują tworzenie stref bez projektowania, my, mając szczęście posiadania ogólnopolskiej strefy bez projektowania, mielibyśmy robić coś zupełnie przeciwnego?

    Spróbujmy jednak spojrzeć na próbę uporządkowania symboliki państwowej jako rodzaju misji cywilizacyjnej. Załóżmy, że jest to misja uzasadniona koniecznością; rzecz dobra. Ostatecznie
    uplasowalibyśmy się dzięki niej (wizerunkowo) w szeregu państw wiarygodnych, przyjaznych i przejrzystych. Do wykonania każdej misji,a więc wykonania polecenia, niezbędna jest jakaś władza rozkazodawcza i wykonawcza. Do sprawnego zarządzania takim problemem potrzebne będzie
    zaprojektowanie agendy o zmieniającym się przez lata kształcie i rozmiarach, posiadającej jakiś rdzeń, ale nie biurokratycznej. Kto stanowić ma rdzeń i na jakich zasadach, przez jaką instancję zostanie do niego wybrany? Potrzebni są najlepsi z najlepszych, wybrani przez najlepszych.
    Potrzebne będą sprawne procedury decyzyjne, konkursowe, przetargowe - bo przecież nie o samym godle mowa. Przy dobrej strategii i sprawnym działaniu przekopano by identyfikację aż do szczebla wójta, wizytówki radnego i tabliczki notariusza. Zapewniam Was, że osoby zdolne zarządzać
    projektem tej skali, mogły by śmiało zostać ministrami i premierami, a to może być niektórym nie na rękę.

    Wróćmy na ziemię. Nie wyobrażam sobie, że państwo, jedną ręką tnące wydatki na edukację i kulturę, drugą będzie łożyć je na wieloletni projekt "plastyczny". Całą sprawę można uciąć jednym sprawnie przeprowadzonym przetargiem. Zwycięzcy już są i tylko czekają na sygnał od społeczeństwa. Ostatecznie kolorystyka państwowa jest znana a układy kompozycji plam barwnych, łączenie odmian tekstu i wyrównanie go "jak u tamtych", nie stanowią znaczącego wyzwania projektowego. Jeżeli środowisko projektantów ma zabierać głos w tej sprawie, to raczej z pełną świadomością tego, że państwu bardzo łatwo się bez nas obyć (co zresztą zawsze udowadniało), a
    zatem musimy dążyć do bycia niezbędnymi mediatorami a nie wyłącznie inicjatorami wydarzenia. Inaczej będzie tak samo, tylko spójnie.
  • alw
    12 grudnia 2010
    zgłoś do moderacji
    Dużo słów Julio tylko w większości, moim zdaniem zbędnych. Uporządkowanie symboliki to nie misja cywilizacyjna a zwykłe posprzątanie. No, chyba że do sprzątania obejścia dorobimy hiper filozofię.

    Na razie by się brać za cokolwiek, i nie idzie o identyfikację do wójta włącznie, należy poprawić co jest. Mam na myśli elementy wyjściowe - herb, godło, ich wersje i wraz z poprawioną ustawą zrobić krok pierwszy.

    Rola mediatora to dość ciekawe postawienie sprawy - a między czym a czym będziemy mediować? Kaczyńskim i Tuskiem, ekonomią a polityką, chrześcijanami i ateistami, czy tylko między bałaganem a porządkiem?

    Co sądzę o symbolach można poczytać na moim blogu - http://www.alw.pl/2010/12/23d-i-orzel/

Szukaj nas na Facebooku

Szukaj